wtorek, 27 września 2016

Chleb z oliwą i oliwkami


Witajcie! Dziś będzie trochę śródziemnomorsko. Jeśli lubicie tamtejsze klimaty, jestem pewna, że ten oto tu chlebuś z oliwą i oliwkami przypadnie Wam do gustu. Mnie bardzo smakuje i solo z masełkiem i w połączeniu z sałatkami

A zatem, co trzeba zgromadzić, to:
- 330 g mąki
- 1/2 kostki drożdży
- 1/2 łyżeczki cukru
- 75 ml oliwy z oliwek
- 1 łyżeczkę soli
- pół małego słoiczka czarnych oliwek (ok. 80 g)

Mąkę wsypać do miski, a do wgłębienia na środku wlać drożdże rozrobione w 100 ml ciepłej wody. Lekko zamieszać i odstawić pod przykryciem na kwadrans. To sobie trochę "popracuje" i lekko wyrośnie. Wtedy dodać pozostałe składniki, z wyjątkiem oliwek i uczciwie wyrobić na gładkie ciasto. Przykryć i odstawić na kolejne 40 minut.
Oliwki (z wyjątkiem dwóch lub trzech) pociąć na plasterki (ok. 4 plasterki z 1 oliwki) i obtoczyć lekko w mące. Połączyć z wyrośniętym ciastem. Ciasto uformować w bochenek i wyłożyć na blachę posmarowaną tłuszczem lub wyłożoną papierem. Świetnie sprawdza się dół naczynia żaroodpornego (choć przykrywka też może być fajną formą). W bochenek wetknąć pozostałe oliwki przekrojone na pół. Wstawić na 30 minut do piekarnika nagrzanego do 200 stopni.

A potem już tylko czekać....




czwartek, 22 września 2016

Powrót


Trzy tygodnie minęły jak krótka chwila. Tak się bałam, czy wytrzymam tak długo bez rodziny i z samą sobą jako jedynym towarzystwem. Nie powiem, tęsknota za najbliższymi była dokuczliwa, ale i wartościowa. Dziś, dzięki temu,  z rozczuleniem robiłam kanapki do szkoły i pogwizdywałam przy wieszaniu prania.

Bardzo mi ten wyjazd dużo dał, jeśli chodzi o podejście do samej siebie. Dobrze mi było z własnymi myślami, dobrze z czasem wolnym, który sobie zagospodarowywałam według własnego uznania. Pod każdym względem podratowałam siebie. Okłady i inhalacje podreperowały ciało, a książki, filmy i rekolekcje - ducha.

Sporo też pozwiedzałam i zachęcam Was serdecznie do odwiedzenia Szczawnicy.

Po pierwsze dla jej rzek: wspaniałego potoku Grajcarek oraz majestatycznego Dunajca. W Grajcarku wygrzewają się pstrągi, nachalne kaczki proszą o jedzenie, a wczasowicze brodzą w chłodnej wodzie czy wręcz masują plecy siadając pod kaskadami wody. Dunajec wije się pełen gracji pomiędzy pięknymi górami, a na jego brzegu można spotkać kormorany i czarne bociany.






Szczawnica to także piękna architektura, spadziste dachy, ażurowe balustrady i dużo uroczych detali.








No i jeszcze ta okolica! Szlaki krótsze i dłuższe - Palenica, Bacówka pod Bereśnikiem z drogą krzyżową (Przy stacji VII były kwiaty. Żal za grzechy?), Biała Woda, Wąwóz Homole. Jest w czym wybierać!




 Miałam przedłużone wakacje tego roku. Naładowałam akumulatory i z radością zabieram się za codzienne sprawy!
 

środa, 14 września 2016

Magiczny skansen pana Jana




Dzięki poleceniu naszej koleżanki-blogerki prowadzącej blog "Utkane z pasji" (dzięki za kontakt, Kochana!) trafiłam do magicznego miejsca na obrzeżach Szczawnicy. W domu przy ul. Szalaya 96 pan Jan Malinowski ratuje od zniszczenia i zapomnienia stare przedmioty codziennego użytku. 

W domu po babci, który wyremontował, zbiera i prezentuje wszystkim zainteresowanym wszystko, co udało mu się znaleźć i odratować. Mamy zatem kącik rzeźniczy (topory, noże, prasy do mięsa, korytka do peklowania), kącik maselniczy i serowarski (maselnice, cebrzyki, prasy do serów, ubijaczki). A także kącik piekarski, szewski, przędzalnię i obróbkę drewna. Są też fragmenty starych balustrad, które dziś chętnie pożyczają od niego na wzór osoby budujące domy w starym stylu.







Każdy przedmiot jest wyczyszczony, ułożony koło sobie podobnych. Wiele z nich ma historię, którą zna pan Jan. Wie też bardzo dużo o technikach powstawania przedmiotów. Pokazuje maselnice - dłubanki, zrobione z jednego kawałka drewna i maselnice klepkowe. Albo drewniane łyżki w różnych stadiach powstawania - od kawałka pieńka, przez z grubsza ociosany kształt aż po pięknie wykończoną łyżkę.  W kolekcji ma garnki drutowane i łatane. Sama pamiętam, jak za mojego dzieciństwa wóz cygański zaprzęgnięty w starą szkapę raz w tygodniu zajeżdżał na naszą uliczkę. A stary Cygan krzyczał: "garnki drutuję, łatam, prostuję. Szmaty skupuję".



Centrum domu stanowi stara izba, w pełni wyposażona. Jest tam łoże wykładane wieloma poduchami i kołdrami, otoczone obrazkami świętych. Jest piec w aureoli garnków i patelni.









Na honorowym miejscu wisi zdjęcie pradziadka pana Jana. Sam pan Jan (bardzo zresztą podobny do swojego protoplasty) fotografować się nie chciał, bo - jak powiedział - był nieogolony.


W sieni stoją kosze i żarna, z wyżłobionym JHS.




To, co mnie urzekło w tym staruszku, to autentyczna miłość do staroci. Przemierza okolicę wzdłuż i wszerz, podpytuje ludzi o stare przedmioty. Ten da mu pojedynczy stary kierpiec, ów tarkę do chrzanu wykonaną przez dziadka. Na giełdach staroci i targowiskach wychwytuje zakurzone, niechciane przedmioty i nadaje im blasku. Odwiedza skupy metali, by ocalić od zniszczenia stare balie i patelnie. 

Miłość do przedmiotów, którą poczuł jako dziesięcioletni szkrab, przerodziła się w prawdziwą pasję i kolekcjonerstwo. Wystarczy zapytać o jakikolwiek przedmiot, by wyzwolić potok słów o jego pochodzeniu, zastosowaniu, alternatywach. Jak z rękawa pojawiają się stare nazwy: sąsiek (skrzynia na narzędzia ale też część stodoły), kozub (torebka z kory do zbierania jagód), kaganek (gliniana lampka oliwna)
Niemal dwie godziny słuchałam jak urzeczona jego opowiadań. A pan Jan uwijał się jak w ukropie, żeby to zapalić mi jakieś światło, to uchylić drzwi na strych, to ułatwić dojście do jakiegoś kąta.

Czy to nie wspaniałe, że tacy ludzie istnieją i wkładają tyle serca w ocalenie niechcianych już przedmiotów? Jeśli będziecie w Szczawnicy, polecam, wstąpcie do pana Jana. A jeśli Wam się spodoba, zapytajcie o skarbonkę i wrzućcie tam jakiś grosz. 


niedziela, 11 września 2016

Połowa sukcesu


Właśnie minęła połowa mojego pobytu w Szczawnicy. Przede wszystkim odkryłam, że sama ze sobą nie nudzę się i dobrze potrafię wykorzystać dany mi czas. To wspaniałe odkrycie. Do dziś miałam też wspaniały humor, ale właśnie przeżywam mały kryzys. Wczoraj i dziś była u mnie cała rodzina, włącznie z psem. Spędziliśmy cudowny weekend i kiedy przed godziną żegnałam ich przy samochodzie, zrobiło mi się autentycznie źle i smutno. Trzeba będzie na powrót oswoić samotność.

Jak wiecie, ten pobyt w sanatorium postanowiłam potraktować jako wielostronne podratowanie siebie. Postanowiłam, że będzie to czas dla ciała, dla rozumu, dla serca i dla duszy. Jak mi idzie?

Dla ciała korzystam z zaordynowanych mi zabiegów, dużo spaceruję a każdego ranka, po przebudzeniu idę pobiegać.

Dla rozumu postanowiłam przeczytać mądrą biznesową książkę oraz zrealizować sobie dziesięcio-lekcyjny kurs języka angielskiego (jeszcze go nie skończyłam). Staram się też oglądać filmy po angielsku.

Serce wspieram dobrą lekturą. I nie bronię sobie czytania, nie limituję. Wzięłam też sporo dobrych, podbudowujących filmów. Od razu chętnie podzielę się tytułami. Z filmów, polecam: "Gwiazd naszych wina", "Papierowe miasta" i "Moon". A z książek "Opactwo świętego grzechu"i "Szczygieł"

A dla duszy, każdego ranka, po powrocie z biegania słucham z internetu cudownych rekolekcji o. Adama Szustaka. Jeśli nie znacie tego rekolekcjonisty, a chcecie poznać Boga dobrego i radosnego, polecam. Zacznijcie od tego tu kawałka. Można się uśmiać do łez, a jednocześnie w serce spływa spokój i radość.
"Upojeni Bogiem"


wtorek, 6 września 2016

Wyjazd do wód


W liceum zaczytywałam się książkami Thomasa Bernharda. Akcja wielu z jego ponurych powieści rozgrywała się w sanatoriach dla gruźlików. Chorzy całymi miesiącami leczyli swoją chorobę tocząc jednocześnie egzystencjalne rozmowy z innymi towarzyszami niedoli lub kontemplując literaturę. Och! Jakie to musi być wspaniałe, myślałam. Tak sobie przez kilka miesięcy siedzieć w otoczeniu książek i mądrych ludzi! Jedyną jeszcze wspanialszą rzeczą wydawała mi się samotna podróż transatlantykiem (też z książkami rzecz jasna).

I proszę. Oto jestem "u wód". Od tygodnia jestem rasową kuracjuszką w Szczawnicy. Leczę wprawdzie astmę nie gruźlicę, ale co tam! Przywiozłam ze sobą mnóstwo książek i ambitnych planów. Ale oprócz wielu scenariuszy, jak podleczyć duszę i ciało, mam też jeden jeszcze dodatkowy cel.
Chcę się mianowicie nieco zmierzyć z własną samotnością. Od szesnastu lat nie byłam sama. Rodzina, dom, praca - te wszystkie wspaniałości wypełniają mi szczelnie dzień od rana do wieczora. Tymczasem trzeba zacząć powoli uniezależniać się od dzieci, by wkrótce dać im bez problemów odfrunąć z domu. Trzeba poznać siebie raz jeszcze, bo przecież nie jestem już tą samą osobą co dawniej.
Cieszę się, że tu jestem, choć - nie powiem - mam już pierwsze chandry i tęsknoty za rodziną. I to jest dodatkowy jeszcze efekt takiego wyjazdu - tęsknota za codzienną rutyną, docenienie własnego szczęścia i swoich najbliższych.

A zatem! Pozdrawiam Was gorąco i postaram się zdać relację, jak mi idzie z tymi moimi planami. Trzymajcie kciuki!

sobota, 3 września 2016

Pyszny koktajl z blendera


Natura nas rozpieszcza, czyż nie? Tyle wspaniałych warzyw i owoców pyszni się na straganach. Aż trudno coś wybrać! A jak już wybierzemy - pojawia się kolejny dylemat: Jak to spożyć? Czy samo na surowo, czy w sałatkach lub przetworach?

Jedną z tych wspaniałych form przyswojenia witamin są soki i koktajle. Dziś podzielę się kolejnym eksperymentem. Tym razem nie użyłam wyciskarki, a po prostu zwykłego blendera.
Otóż w tymże blenderze zmieszałam ze sobą 2 zielone ogórki, 3 banany i 3 gruszki. I wyszło gęste, pyszne cudo, które bez mrugnięcia okiem wypili wszyscy członkowie mojej rodziny. Podejrzewam, że gdybyśmy dali sobie szansę na porządne schłodzenie koktajlu w lodówce, okazałby się jeszcze lepszy. Niestety, nie zdążył ;)


poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Lampka self-made + pierwsza próba z farbą kredową


Odważyłam się! Na razie na małej formie, ale i tak jestem z siebie dumna. Ze dwa miesiące temu, jak nie więcej kupiłam pierwszą puszkę farby kredowej. Obiektem zmiany miała być komoda w sypialni. Niestety, im więcej czasu mijało, tym bardziej zaczynałam wątpić czy to dobry pomysł. Bałam się ryzyka. Wczoraj wpadłam na pomysł, że można spróbować popracować z tą farbą na czymś mniejszym i tym samym ewentualnie "popsuć" coś, na czym mniej mi zależy.

I tak, niemal z resztek, powstała miętowa lampka. Niemal z resztek, bo klosze kupiłam już bardzo dawno temu, ale mi do czegoś tam nie pasowały i sobie samotnie leżały. Podstawę lampy zrobiłam kilka lat temu z gliny, ale z biegiem czasu dziwnie się odbarwiła i nie mogłam jej używać. A oprawkę z żarówką i kabelkiem ocaliłam z połamanej lampy dziecka, która szła na wyrzucenie.


I tak oto powstała baaaaardzo niedroga, ręcznie robiona lampka z miętową farbą kredową na wierzchu. Jak to mówiła moja pani z fizyki (po rozpisaniu wzoru na dwóch tablicach, he, he) - Ot, i cała filozofia!